Podjazd Kmicicowy 28-29.01.2012
W karnawałową sobotę zebrawszy się wcześnie rano we włościach imć Ludwikowskiego, grupa młodych junaków konie posiodławszy, na małą wyprawę się wypuściła...
...Postanowili, starym obyczajem, do sąsiedniej majętności się udać by zabawie a krotochwilom się oddawać. Przyodziani pysznie, po staropolsku, przy szablach na dobrze okrytych koniach swawolna ta kompania wypuściła się na leśna drożyny i dukty by nie postrzeżenie do sienkiewiczowskich włości się przedostać. I jechało się tym junakom wesoło i gwarno, bo pogoda na takowe wyprawy wydała się wymarzona, śnieg skrzył się pod końskimi kopytami w ostrym zimowym słońcu. Jakaż była radość i wiwaty kiedy niemal w pół drogi tę rozhukaną czeredę powitał w cztery konie idący, sam gospodarz na Oblęgorku, jakimś dziwnym przeczuciem kierowany, że z tej właśnie strony gości spodziewać się należało. Wespół już dalej jadąc koni szczędzili jednak, bo przez ostatni czas mało wychodzone, miały jeszcze drogę powrotną odbyć dnia następnego. Dotarłszy na miejsce, gdzie na podwórcu sążnisty ogień ogniska dawał ciepła nie mało, poczęto się raczyć gorącą kapustą z domostwa przyniesioną, mięsiwem wszelakim nie gardząc, a dla wprawienia krwi w stan szybszego krążenia, okowitą i modami strawę przepijając. Po nasyceniu pierwszego głodu, konie sprawiwszy w stajniach udali się nasi rycerze na pokoje gdzie dalszy ciąg wieczerzy się dobywał. Potraw podano tak wiele, że przejeść tego nie byli zdolni. Nie obyło się bez gromkich toastów, kielich krążyły gęsto to i ze łbów kurzyć się wnet zaczęło tak skutecznie, że i czajnik elektryczny wylądował na gazie, aliści woda nie zdołała się zagotować, bo wprzódy swąd plastiku był nie do opisania. Okazuję się, że mimo ciągłego kształcenia nasza młodzież jest odporna na postęp techniczny i jak gotować to tylko na ogniu. Następnego dnia watach zwlekła się z sypialnianych piernatów, pochłonąwszy śniadanie dosiadła koników i po sesji przed pałacem sienkiewiczowskim, udawała się już w drogę powrotną kiedy dopędziła ich, wielce w koniach rozmiłowana, Kniaziówna we własnej osobie. Niebożątko, której rozliczne obowiązki zawodowe w uciechach dnia poprzedniego uczestniczyć nie pozwoliły. Towarzystwo wracało rozbawione i zadowolone z kolejnego tradycyjnego już choć bez zbytniego rozgłosu wykonanego podjazdu Kmicicowym zwanym. Gospodarz na Oblęgorku znowu ma dopisany kolejny krzyżyk się w papierach.