KONIE, KONIAK I KOBIETY...relacja Jurka Sienkiewicza.
Dorastałem w domu, gdzie pachniało patriotyzmem czasów wspaniałej wielkości Rzeczypospolitej szlacheckiej, zaklętej na kartach Trylogii. Patriotyzmem gwałtownych zrywów powstańczych, czasów zaborów, przewag nad okupantem szarych żołnierzy państwa podziemnego i postanowień o życiu w zniewolonym kraju, mimo groźby aresztowania za walkę w szeregach Armii Krajowej. O naszych wyzwolicielach babcia nigdy nie powiedziała inaczej jak sowiecka swołocz. W takim to klimacie, z resztkami dworskiego porządku, z psami, kotami i oczywiście z końmi spędziłem dość beztroskie dzieciństwo.
Pewnego dnia, nie tak dawno, pojawili się u mnie ludzie, których pasją jest kultywowanie tradycji kawalerii II RP. To było to, czego mi brakowało. Kilka wyjazdów na oficjalne imprezy na ulicach Kielc uświadomiło mi, że owszem jest całkiem fajnie, ale czegoś jeszcze brakuje. Gdzieś w podświadomości czułem potrzebę wyrwania się na szeroką przestrzeń, by poczuć pęd konia, usłyszeć świst szabli. Przyjazd na osiemdziesiątą piątą rocznicę bitwy pod Komarowem i zabranie ze sobą mojej matki, łączniczki z IV pułku piechoty AK, okazał się kwintesencją marzeń. Rozrastającą się formację Kieleckiego Ochotniczego Szwadronu Kawalerii im. 13 Pułku Ułanów Wileńskich zasilali coraz to nowsi koledzy, o nietuzinkowych cechach charakteru. Zaczęliśmy uczestniczyć nie tylko w przemarszach po ulicach, ale angażowaliśmy się w inscenizacje bitew powstańczych, uroczystości partyzanckie, organizowanie rajdów konnych do Komarowa. Przyświecała nam potrzeba zachowania tych wydarzeń w pamięci naszej, ale przede wszystkim młodzieży, kibicującej tym imprezom. Na jednym z takich wypadów poznaliśmy "Andrzeja". Ale od początku.
Od wczesnego ranka w stajni "pod Inflancką kobyłą" w Oblęgorku trwał wielki ruch. W wyprawie na Wykus bierze udział kilka osób, wśród których są jeźdźcy przybyli z dość odległych zakątków kraju. Aż z Zamościa przybył mój przyjaciel, z którym "znamy się jeszcze z okupacji". Cudzysłów jest jak najbardziej na miejscu, bo oczywiście urodziłem się nieco później, jednak jego ojciec ps. Kresowiak dziwnymi kolejami losu znalazł się w tym samym pułku, w którym służyła moja matka ps. Osa. Jak leśna fama niesie, tych dwoje -wówczas bardzo młodych ludzi- miało się ”ku sobie". Losy rozrzuciły ich po świecie, jak drobne okruchy. Po wojnie udało im się odnaleźć i choć każde założyło już rodzinę, kontakt został utrzymany i trwa do dzisiaj przez ich dzieci.
Meldujemy się w punkcie zbornym, w gospodarstwie pana Września, doskonale pamiętającego mroczne dni okupacji. Niemal z marszu ruszamy na uroczystości na Wykusie. Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy na miejscu i napoiwszy konie w pobliskim strumyczku, stajemy przy kapliczce gotowi do mszy. Całej naszej grupie przygląda się z zainteresowaniem ubrany w klubową ciemną marynarkę pan w sile wieku. Jest niewysoki, włosy- zwyczajem wojennego pokolenia- zaczesane do góry, a na lewej klapie odznaczenie, którego wstążka nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. To Virtuti Militari. Jego komentarze dotyczące naszych koni i rzędów zwracają moją uwagę. Ten człowiek niewątpliwie zna się na koniach i dużo wie o kawalerii. Nim rozpoczęły się oficjalne uroczystości, mój zamojski przyjaciel dość głośno dopytuje się o szczegóły pobytu w oddziale swojego ojca. Kiedy pada pseudonim, nasz znawca od koni włącza się do rozmowy. Syn Kresowiaka podchwytliwie sprawdza nowego rozmówcę rzucając niby od niechcenia -Sinkiewiczówna jest tutaj -. -Osa?- pyta nasz znawca. Tak. Już nie ma wątpliwości, że to też ktoś „z lasu" i doskonale zna niemal wszystkich i z nazwiska i pseudonimu.
Tego dnia przygotowaliśmy małą niespodziankę tym "Tytanom", których żartobliwie nazywamy chłopakami 80+. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości zabraliśmy naszych kombatantów do bazy w Siekiernie u pana Września. Bardzo szybko okazało się, że ów baza jest też ich bazą, bo była nią jeszcze w czasie wojny. Całe obejście wygląda tak, jak sześćdziesiąt parę lat temu. Jedynie na dachach zamiast słomianej poszywki jest eternit i blacha. Na środku podwórka ustawiliśmy mały stolik przykryty kawałkiem białego płótna, a na nim talerz z wędzoną słoniną i flaszka bimbru. W stodole konie żwawo zajadają siano, koledzy w niekoniecznie pełnym umundurowaniu krzątają się po obejściu, karabinki ustawione w kozły dopełniają scenerii. I udało się! Na twarzach tych ludzi, co z nie jednego pieca chleb jedli, dało się dostrzec wyraźne wzruszenie. Niewątpliwie przywołaliśmy żywe wspomnienie minionych chwil. Rozmawiali, wracali pamięcią do tamtych lat, czasem spierali się o jakiś detal, który zaciera się w pamięci. A my chłonęliśmy te rozmowy, wczuwając się w tamten klimat. Szybko też wyjaśniło się, że nasz znawca koni, to nie kto inny, tylko dowódca zwiadu konnego zgrupowania Ponurego, Henryk Pawelec ps. "Andrzej". Był to 14 czerwca 2008 roku.

- fot. Emilia Dubowik
I tak ten przesympatyczny człowiek stał się częścią naszej grupy. Każde spotkanie z nim to powrót do wydarzeń, które fascynują nas wielce. Móc usłyszeć z jego ust wszystkie te zapierające dech w piersi historie, to jak przenieść się do czasów, które choć tak odległe - zawsze będą nam niezmiernie bliskie. Kultywacja pięknej tradycji i krzewienie patriotyzmu, to filary naszego szwadronu. Mieć za wzór człowieka tak bogatego w doświadczenia, jak Henryk Pawelec, to przywilej, z którego jesteśmy niepomiernie dumni. Zawsze z chęcią zapraszamy „Andrzeja” na wszelakie imprezy. I choć w podeszłym jest już wieku, to zwykle otacza go wianuszek dziewcząt. Nieraz bowiem hipnotyzował swymi opowieściami rozmarzone niewiasty. Należy napomknąć tu o pewnym zmieszaniu na twarzach młodych ułanów, którzy usilnie pragną wtedy zwrócić uwagę płci pięknej. Na próżno oczywiście. Bo jest w Henryku Pawelcu coś, co sprawia, że chce się go słuchać. Chce się z nim przebywać i chłonąć wiedzę, jaką serwuje na talerzu pełnym smaczków i ciekawostek. Wszak widział on niejedno i niejednego doświadczył.

- fot. Agnieszka Nawrot
Po spotkaniu „Andrzeja” na Wykusie postanowiliśmy zaprosić go na Wigilię pułkową, która odbyła się w stajni Ludwikówka u Leszka Ludwikowskiego. Choć było tam mnóstwo osób, w pamięć zapadają opowiadania Pawelca. Wszak to kultowa już postać. Każdy chce zamienić z nim słowo, każdy prosi o opinię na dany temat lub o poradę. Człowiek ten tryska energią i czerpie radość z każdej wymiany zdań. W ciepłej świątecznej atmosferze śpiewamy wspólnie kolędy
i wznosimy toasty.
Kolejną okazją do spotkania z Henrykiem Pawelcem były obchody dni Wojska Polskiego 15 sierpnia 2009 roku. Okazja to nie byle jaka, albowiem tego dnia delegacja polskich Tatarów pod przewodnictwem prezesa Narodowego Centrum Kultury Tatarów RP z Gdańska Jerzego Szachuniewicza wręczała nam- ułanom Kieleckiego Ochotniczego Szwadronu kawalerii imienia 13 Pułku Ułanów Wileńskich- honorowy medal chana Dżelal - ed Dina. Nie mogło zabraknąć tam „Andrzeja”. Po oficjalnej części uroczystości, zwartą grupą udaliśmy się wtedy do bliskiej naszym sercom Ludwikówki. Tam atmosfera się rozluźniła. Nasi goście z Pomorza chętnie dzielili się z nami swą historią, a Henryk Pawelec z właściwą dla siebie ikrą dorzucał co chwila jakieś dykteryjki. Klimat takich spotkań jest niepowtarzalny i magiczny. Kontynuatorzy wielkich tradycji spotykają się, wspominając wydarzenia sprzed lat.

- fot. Agnieszka Nawrot
W sierpniu 2009 uczestniczyliśmy w inscenizacji odbicia przez AK w 1945 roku kieleckiego więzienia przy ul. Zamkowej. Skwar lał się z nieba, a scenariusz był bezlitosny. Zlani potem staraliśmy się jak najlepiej odegrać swe role. Równieżi tam towarzyszył nam Henryk Pawelec. Jednakże rzucał tylko ukradkowe spojrzenia w stronę pola walki, gdyż znalazł sobie o wiele zacniejsze towarzystwo. Nasze heroiczne poczynania stanowczo nie stanowiły dlań tak wielkiej atrakcji, jak przebywanie wśród pięknych kobiet. Znów zawstydził nas ten niesamowity człowiek. Dowcip i klasa. Oto co działa na niewiasty! Ciągle musimy się uczyć od starszych!

- fot. Przemysław Lewicki
Na dowód swej sympatii do naszego szwadronu „Andrzej” zaprosił nas pewnego pięknego dnia do siebie na grilla. Ku uciesze wszystkich oczywiście. Nie ma co ukrywać. Mieć zaproszenie od takiej osobistości, jak on, to niemała gratka. W jego domu aż roi się od pamiątek z czasów, kiedy to dowodził zwiadem konnym oddziału AK „Wybranieccy”. Wizyta w domostwie naszego przyjaciela jest jak podróż w czasie. Podróż do tych dni, kiedy patrioci oddawali życie za Ojczyznę. Kiedy to hasło Bóg, Honor, Ojczyzna były czymś więcej, niż tylko zlepkiem słów. To wydźwięk heroicznej walki i oddania dla Polski. Tak. Przekraczając próg domu Henryka Pawelca z pewnością można zanurzyć się w otchłani historii i wraz z nim odwiedzić nieznane dotąd zakamarki przeszłości. Ten wesoły i pełen życia człowiek jest jak kumpel, jak jeden z nas. Nie wywyższa się, choć ma ku temu powody. To, że z chęcią wznosi ku górze kieliszek i krzyknie z nami :ku chwale kawalerii! To dowód na to, że traktuje nas, jak równych sobie. Jak godnych kompanów.
Kiedy w sierpniu 2009 wyruszaliśmy w tygodniowy rajd do Komarowa, naszym pierwszym przystankiem były Widełki. Nie bez powodu wspominam tu o nich. Wszak Widełki to miejsce ogromnie istotne w życiu „Andrzeja”. Wiedzieliśmy, że zapraszając go tam sprawimy mu wielką przyjemność. I tak też się stało. Kiedy nasze konie odpoczywały, mu zgromadzeni wokół ogniska słuchaliśmy w skupieniu opowieści „Andrzeja”. Cofnęliśmy się do czasów, w których to stacjonował wraz ze swym oddziałem właśnie w Widełkach. Do czasów, które okazały się bezlitosne i odcisnęły piętno na całym przyszłym życiu „Andrzeja”. Usłyszeć te wszystkie fakty „z pierwszej ręki” , to dla nas coś bardzo cennego. Uważając się na ułanów winniśmy wiedzieć, jaka jest historia naszej świętokrzyskiej ziemi.

- fot. Agnieszka Nawrot
Kiedy tylko nadarza się okazja staramy się zapraszać Henryka na różne spotkania i imprezy. Oczywiście nie mogło go zabraknąć podczas tegorocznego Sylwestra. Nowy Rok witaliśmy na balu w domostwie pułkownika Ludwikowskiego, który to jak zawsze godnie nas ugościł. Pawelec był gościem honorowym tej nocy i jak zawsze snuł niesamowite opowieści w międzyczasie podrywając nasze koleżanki. Dowodem na jego popularność wśród kobiet może być owe zdjęcie:

- fot. Przemysław Lewicki
Do samego końca balu każdy z nas marzył o podobnej sesji, jednak dziewczyny nie wykazywały w stosunku do nas żadnej atencji. Widać jeszcze sporo musimy się nauczyć. Na razie z pokorą spoglądamy, jak „Andrzej” zabawia nasze panny. -Dla mnie to on jest takim prawdziwym kawalerzystą. Konie, koniak i kobiety- powiedział kiedyś ułan Jarek Tatarowski. I chyba ta wypowiedź jest kwintesencją Pawelca. – Podoba mi się, że mimo tak wielu osiągnięć i odznaczeń chce się z nami spotykać, przyjeżdża na imprezy i integruje się. To super, że w ogóle chce mu się do nas przyjeżdżać- dodaje ułan Daniel Stolarczyk.

- fot. Agnieszka Nawrot
Henryk Pawelec stał się częścią naszego Stowarzyszenia. Fakt, że uczestniczy z nami w przeróżnych obchodach, to dowód na to, ze wciąż kocha kawalerię. Urok tego człowieka to nie tylko jego zasługi dla kraju. To również pogoda ducha, pokora i fakt, że nie zapomniał, co w życiu jest tak naprawdę ważne. Zawsze z uśmiechem na twarzy wita nas i nasze konie. Rzucając pikantne dowcipy i anegdoty z dawnych lat zdobywa niejedno serce. Wzrusza i bawi. Zadziwia i uczy. Jesteśmy radzi, iż wciąż znajduje w sobie pokłady sił,by towarzyszyć nam podczas wielu ważnych dla Szwadronu chwil.