Relacja z 89 rocznicy bitwy pod Komarowem
Środa – 26 sierpnia Wielka bieganina na trzy dni przed Świętem Kawalerii Polskiej. Koledzy ze Szwadronu Ziemi Zamojskiej w barwach 9 Pułku Ułanów Małopolskich wspomagają organizację, przygotowując kwatery i miejsca dla koni w sąsiednich gospodarstwach. O godzinie 18.00 słyszę głos wspinających się dróżką samochodów. To pierwsi goście- Szwadron Niepołomice z rtm Znamcem na czele. Kilka aut z przyczepami zajeżdża na podwórze. Jak dobrze! Już się zaczęło. Witam każdego z osobna, bo przecież to już kolejny rok wspólnej imprezy! Wieczorem zapraszam panów na taras mojego domu. Rozmawiamy, śpiewamy, opowiadamy o tym, co nas spotkało przez ostatni rok. Tylko Adiutant zamyślony krząta się gdzieś na uboczu. To skromny człek i widzę, że przeżywa to, co nas czeka. Wszak wspólnie organizujemy tegoroczną uroczystość i mamy wielkie plany! Czy wypalą? W myślach chyba każdy z nas zadaje sobie to pytanie. Uspokajam Jacka i mówię z optymizmem -damy radę! Nie takie rzeczy przed nami!- Adiutant staje na równe nogi i odpowiada - masz rację, damy radę-. Wiem, że jest zmęczony, ale litości nie ma. Przed nami jeszcze ogrom pracy. Czwartek – 27 sierpnia Wstajemy skoro świt! Trzeba przygotować mapy dla oddziałów na manewry. Siadamy do zadań z moim adiutantem Jackiem Skoczylasem i z rtm Wojtkiem Bryknerem. Adiutant pracuje nad kartami startowymi i punktacyjnymi do manewrów. Idzie mu świetnie. My rozpisujemy trasy przemarszu oddziałów. Numerujemy punkty na mapach i określamy kierunki marszu. Wojtek ginie na poddaszu wprowadzając na mapy- w formie elektronicznej- wspólnie uzgodnione dane. Ja sprawdzam przygotowania do kwaterowania, starając się ogarnąć całość przedsięwzięcia. Co jeszcze? O czym zapomniałem? Co jeszcze trzeba załatwić? W kółko analizuję wszystkie punkty programu. Siadam w spokoju na tarasie z kolejna mocną kawą i zarządzam odprawę. Uzgadniamy szczegóły z Rotmistrzem. Nerwy jednak dają o sobie znać i po raz pierwszy, od początku znajomości, podnoszę na Wojtka głos. Jestem na siebie wściekły, bo nie zasłużył na to. Szybko rozładowujemy emocje. W końcu tyle nas łączy i zdajemy sobie sprawę z tego, że to wspólna sprawa i emocje winny być poskromione, a najlepiej stłumione w zarodku. Wojtka poznałem po 87 rocznicy Bitwy. Napisał do mnie e- mail z pytaniem o nasze działania. Już na wiosnę razem galopowaliśmy konno po polach Wolicy Śniatyckiej. Nieprawdopodobnie zaangażował się w życie Stowarzyszenia i naszego szwadronu. Znalazłem kogoś, kto czuje to tak samo, jak ja.
Dzień upływa bardzo szybko. Wieczorem padamy z nóg, ale nie ma mowy o szybkim oddaniu się w ramiona Morfeusza. Mamy przed sobą mnóstwo pracy.
Piątek – 28 sierpnia
Rankiem przybywają przyjaciele z Poznania. 7 DAK jest już w pełnej gotowości bojowej. Łukasz Kaczor dostaje przydział do naszego sztabu. Organizuje pozostałych, a ja jestem spokojny o powierzone im zadania. Jola -żona Łukasza nie patrzy na nikogo i od razu zajmuje miejsce w kuchni. Wie, jak wygląda nasz Komarów. Zna jego spontaniczność od dawna. Dziewczyna nie spała w podróży z dalekiego Poznania, ale jest dzielna i walczy w kuchni do 2 w nocy. W sukurs przybywa nasza Agnieszka Trzcińska. Ona również zna to tempo i sprawnie angażuje się w prace kulinarne. Adiutant z Rotmistrzem wsiadają do samochodu i jadą znakować teren oraz zostawiać rozkazy w wytypowanych gospodarstwach. Ja biegam po całej wsi, starając się zebrać wszystko do kupy. Mój piętnastoletni syn walczy w ciągniku, rozwożąc siano i owies do kolejnych miejsc kwaterunku oddziałów. Dzielny chłopak! Ma już doświadczenie. Wszak od maleńkości uczestniczy aktywnie w tym przedsięwzięciu. Ma wiele obowiązków do wykonania, ale jest bardzo odpowiedzialny a nawet nie ma prawa jazdy! Ale, jak to mówią: „wojna - nie matka”. Wszystko nabiera niesamowitego tempa. Pracujemy, jak w amoku. Widzę moją mamę – jest zmęczona, a ja mam wyrzuty sumienia. Może zbyt dużo wymagam od innych ? Ale wiem, że teraz nie ma już odwrotu. Południe. Na zamojską starówkę wjeżdża oddział dwunastu konnych ułanów Grupy Konnej w barwach 7 Pułku Ułanów Lubelskich. Wszyscy umundurowani, jak w okresie lat 20. Dowódca- Henryk Szewczak przekazuje mi meldunek o przybyciu. Oczy i dusza się radują. Na końcu oddziału uśmiecha się dumnie nasz Ataman- Michał Czarnecki, który po raz kolejny stanął na wysokości zadania. Wraz z rtm Wojtkiem Bryknerem i adiutantem Jackiem Skoczylasem wsiadamy do bryczki. Spod pomnika Hetmana Jana Zamoyskiego- ku zdziwieniu gapiów -wyrusza na dworzec PKP nasz nietypowy orszak.
Punktualnie o godz. 14.20 dowództwo „komarowskiej potrzeby” wita majora Zbigniewa Makowieckiego. Cały poczet rusza do centrum. Dowódca asysty na swoim siwym arabie- z właściwą sobie fantazją- kłusem wprowadza nas na zabytkowy rynek pięknego Zamościa. Okrążamy Rynek Wielki i bryczka zatrzymuje się przed hotelem Orbis Zamojski, gdzie zakwaterowany zostaje pan Major oraz pozostali goście. Dowódca asysty melduje mjr Makowieckiemu o wykonaniu zadania, a my nie kryjemy wzruszenia.
W tym samym czasie stanica we wsi Krzywystok zapełnia się coraz to nowymi formacjami, przybywającymi na uroczystość 89 rocznicy Bitwy pod Komarowem. Wąska dróżka ledwo jest w stanie udźwignąć ciężar tej niezwykłej krzątaniny. Gdy przyjeżdżamy, widzimy ten cały galimatias. Wyskakuję z auta i błyskawicznie rozładowuje trakt kwaterując gości w odpowiednich miejscach. Mimo zaangażowania wielu osób, logistyka nie jest wcale taka prosta. Ta nadzwyczaj spokojna wioska jeden raz do roku zapełnia się po brzegi, goszcząc każdego, kto tylko przybędzie. Dlatego też staropolska gościnność tego miejsca jest już znana w całej Polsce! Telefon wciąż dzwoni. Każdy zadaje mnóstwo pytań. Nieprawdopodobna kołomyja nie jest bałaganem. To typowo gorący czas. Organizacja tak potężnej imprezy wymaga spokoju, a zarazem szybkich decyzji, a my właśnie tak staramy się działać. Zważywszy, że jest nas tak niewielu musimy się uzupełniać nawzajem. Wieczorem do stanicy przybywają nasi goście honorowi: pan Lesław Kukawski, mjr Zbigniew Makowiecki i profesor Janusz Kucharski- twórca modelu Pomnika Chwały Kawalerii i Artylerii Konnej. Moja matka wita gości, zapraszając ich do domu. Jest gospodarzem, mimo że od wielu lat tu nie mieszka. Jednak przynależy do tego miejsca, bo to właśnie tutaj się wychowała. Czy kiedykolwiek myślała, że skromne gospodarstwo stanie się stanicą kawalerii? Toleruje to i angażuje się od początku w życie całego przedsięwzięcia. Każdego traktuje z uśmiechem, starając się ugościć wszystkich, którzy przybywają. Jestem jej bardzo wdzięczny. Właściwie wszystko jest już spięte. Rtm Wojtek Brykner rozkazy na manewry przygotował, mapy skompletowane, namioty rozstawione- rozgardiasz wstępnie opanowany! Kobiety krzątają się w kuchni z nieprawdopodobnym tempem. Są niesamowite, a ich zaangażowanie jest niebywałe. Nasze dowództwo kuchni polowej to: Maria, która przyjechała ze Śląska i już cały tydzień walczy w kuchni, Agnieszka z Ciechanowa i Jola z Poznania. Nie pokazuję mojej wdzięczności, ale jestem pełen podziwu. Skąd w nich tyle determinacji? Skąd czerpią siłę? Wieczorem zarządzam odprawę dowódców oddziałów przed manewrami. Jest wiele pytań, ale na wiele z nich nie chcę odpowiadać – to ma być zaskoczenie. Przychodzi spokój. Każdy ma swoje miejsce. W Krzywymstoku zapada zmierzch. Miły wieczór wśród znajomych i przesympatyczna atmosfera - można by tak do rana. O godz. 23.00 wydaję rozkaz ciszy nocnej, bo wczesnym świtem pobudka. Ktoś przychodzi z prośbą o jeszcze pół godziny – jestem nieugięty, choć sam wyrwałbym się do rozśpiewanych ułanów. Spoglądam na Wojtka - ledwo żyje. Jest moją prawą ręką, której muszę dać w końcu odpocząć. Wychodzę na zewnątrz, by sprawdzić wykonanie rozkazu. Tylko gdzieniegdzie słychać ciche głosy i zwrotki ułańskich pieśni. Wszyscy przeżywamy tak samo to, co nas czeka nazajutrz - I Manewry Kawalerii pod Komarowem. Czy aby na pewno zaśniemy? Noc nie jest spokojna, a kolejni goście zjeżdżają do samego świtu. W głowie milion pytań. Wciąż tych samych. Czy podołamy?
Sobota – 29 sierpnia
89 rocznica Bitwy Pod Komarowem została rozbudowana o I Manewry Kawalerii – Komarów 2009. Skrupulatnie zaplanowane działania rozpoczynają się w sobotę poranną zbiórką ośmiu oddziałów na pastwiskach naszej stanicy. Pogoda dopisuje, widoki są zachęcające. Wszystkich napawa to optymizmem. Gdy już oddziały stanęły do meldunku, dowódcy zostali zaproszeni na krótką odprawę, podczas której losowana jest kolejność wymarszu. Po tym formacje stają do przeglądu weterynaryjnego, a następnie mundurowego oraz wyposażenia i jednolitości. Członkami komisji oceniającej są
p. Lesław Kukawski oraz mjr Zbigniew Makowiecki. Ostatnim elementem przed wymarszem jest przekazanie rozkazów w zalakowanej kopercie oraz map terenu. Każdemu z dowódców przekazano podstawowe informacje na temat zadania, potem dano dziesięć minut na zapoznanie się z planem i pięć na wymarsz. Na wyjściu każdy z ułanów otrzymał rację żywnościową na cały dzień. Od tego momentu czas płynie już nieubłaganie. Drobne oddziały kawalerii widoczne ze wzgórza stanicy w Krzywystoku przemieszczają się szybko w każdym kierunku. Jedynie widoczne z daleka proporczyki zatknięte na lancach są znakiem rozpoznawczym dla naszych obserwatorów. Taki widok robi niesamowite wrażenie, przenosząc nas o kilkadziesiąt lat wstecz- do lat świetności naszej Polskiej Kawalerii. Pierwszy rozkaz brzmiał: dotrzeć do punktu z kolejnymi rozkazami od konnego patrolu. Tam znowu zapoznanie się z rozkazem i kolejny odcinek- tym razem do spotkania z gońcem, pozostawionym przy sztabie. Goniec w odpowiednim czasie i miejscu ma spotkać się ze swoją formacją. Kolejny rozkaz oraz meldunek do sztabu o trafności spotkania. Następny etap prowadzi do wytypowanego gospodarstwa, gdzie ma nastąpić odpoczynek dla ułanów i ich koni. Tam znowu niespodzianka! Przed wymarszem o określonej godzinie gospodarz przekazuje kopertę z ostatnim rozkazem: najszybszą drogą przemieścić się na wzgórze 255 i zameldować się o określonej godzinie w sztabie manewrów. Po odprawie oddziałów cały sztab wraz z komisją przenosi się na wzgórze 255. Jedziemy razem z Rotmistrzem. Czuję, że jest spięty - to poważnie traktujący sprawę kawalerzysta, a zawodowo oficer WP. Uśmiecham się mówiąc-Wojtek, jest naprawdę dobrze-. W odpowiedzi słyszę -ale to jeszcze nie koniec-. Przemarsz jest ubezpieczany- w końcu teren objęto także działaniem grup bolszewickich. Na niebie piękne słońce, a złociste ścierniska przecinają się z zaoraną ziemią. Rolnicy zrezygnowali z podorywki – jest straszna susza. Przemarsz oddziałów wyzwala tuman pylącej ziemi, którą delikatny wiatr niesie niczym poranną mgłę. Naglę tę sielankę przerywa meldunek ułana Czarneckiego, który maszeruje w straży przedniej – Patrol bolszewicki na linii lasu!- Kilka krótkich rozkazów i ruszamy galopem na wroga. Sztab chroni sekcja z wozów taborowych. Słychać strzały i krzyki. Wjeżdżamy do lasu, dopadamy swołocz, a ktoś krzyczy: uwaga, uwaga. Wycofać się! Ogromny wybuch rozrywa ziemię, a nam piszczy w uszach. Ponownie dopadamy wroga i tniemy. Mają szybkie niewielkie konie; dwóch ucieka, jeden leży tuż przy ścianie lasu. Przeszukujemy go. Chwilę po tym zabieramy szablę i konia. Meldujemy Majorowi o sytuacji. Z wozu taborowego słyszę krzyk -panie pułkowniku, mogę tego zdobycznego konia?- Jak tu się nie zgodzić widząc minę ułana, który nie ma własnego rumaka? Ruszamy dalej. Przed nami malowniczo położone gospodarstwo na wzgórzu 255. Nie zmieniło się przynajmniej od 50 lat. Próżno tam szukać cywilizacyjnego chaosu. Niewielkie domostwo szybko zapełnia się przybywającymi oddziałami. Każda formacja po przybyciu, w kolejności podchodzi do ostatniej próby sprawności, która jest poprzedzona przeglądem weterynaryjnym. Wytypowanych czterech ułanów z każdej formacji poddanych zostaje równoczesnej próbie w rąbce szablą, we władaniu lancą, skokach przez przeszkody i strzelaniu. Rotmistrz Brykner i ułan Czarnecki prowadzą i bonitują tą niezwykłą próbę. Przybywa ostatni oddział. To wydzielony oddział Kieleckiego Ochotniczego Szwadronu Kawalerii. Prowadzi Jurko Sienkiewicz. Tak, jak ja jest pułkownikiem Bractwa Miłośników Konia i Żywota Staropolskiego. Chłopcy po raz czwarty przybywają z Kielc rajdem konnym do Komarowa. Zupełnie bez publiki, w gronie tylko kawaleryjskim. Próba dla oceny własnych umiejętności. Tu na polu walki jedynie fotografowie i komisja wyróżniają się brakiem mundurów. Cóż za widok! Jaka kapitalna sceneria! Po krótkim odpoczynku wszystkie oddziały maszerują na capstrzyk przy mogile na cmentarzu w Komarowie. Na twarzach widać zmęczenie, ale i satysfakcję z tego niezwykłego dnia. Kilkadziesiąt kilometrów- cały dzień w siodle -to nie lada wyzwanie. Salwa honorowa i apel poległych mają wymiar polowy. Oddajemy hołd naszym ułanom. Po całodziennym marszu terenem, na którym walczyli 89 lat temu ułani 1 Dywizji Jazdy. Wracamy na kwatery, kiedy zapada zmrok. Wieczór spędzamy na ułańskiej biesiadzie, gdzie przy świetle ogniska pan Lesław Kukawski barwnie opowiada o umundurowaniu okresu wojny polsko-bolszewickiej i okresu międzywojennego. Atmosfera jest niesamowita, bo takie spotkania pamięta się do końca życia. Przekazuję uczestnikom podziękowania za wspaniały dzień i odznaki I Manewrów Kawalerii – Komarów 2009.
Niedziela -30 sierpnia.
3.00 rano- wszyscy śpią. Dokonuję obchodu, ale i dla mnie czas na spoczynek. Wcześniej sprawdzam mundury i wyposażenie. Oglądam zdjęcia z manewrów w aparacie mojego syna. Jak tu zasnąć, kiedy wokół takie przeżycia? Jestem zadowolony. Wszyscy cali i zdrowi, no i wszyscy pod wrażeniem! Już wiem, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty i manewry będą coroczną próbą dla kawalerii ochotniczej. Zanim budzik dzwoni jestem na nogach. Rotmistrz Brykner serwuje mi kawę. Jest na luzie, bo wreszcie odpoczął. Wołam Adiutanta i siadamy w spokoju planując kolejne działania. Program nie jest sztywny. Na 10.00 zarządzam odprawę dowódców. Całe podwórze to jeden wielki plan - czyszczenie koni, troczenie, krzątanina ,która napędza nas do życia. O godz. 8.00 polowa msza święta. To również tradycja od wielu lat. Punktualnie o 10.00 odprawa dowódców oddziałów - uzgadniamy ostatecznie plan działania. Nikt nie pokazuje zmęczenia, jednak widzę rysujące się na twarzach trudy sobotnich manewrów. Zarządzamy wymarsz na miejsce uroczystości o 12.30. Wzywają mnie, Rotmistrza i naszego wachmistrza Piotrka Majkuta do domu. Czeka nas wielki zaszczyt - major Makowiecki przekazuje nam legitymację do prawa noszenia odznak pamiątkowych 9 PUM. Skromny dokument ze Zrzeszenia Kół Pułków Kawalerii w Londynie podpisany jest przez rtm Tadeusza Bączkowskiego. I jak tu nie kryć wzruszenia? To największe wyróżnienie, którego nie zastąpi żaden medal. Dumnie przypinamy odznaki, a Rotmistrz prosi Majora o zgodę na wpięcie jej do munduru polowego na dzisiejszą uroczystość. Jesteśmy szczęśliwi.
Przed nami wielki dzień. Moja formacja ma otrzymać sztandar, który uroczyście poświęci biskup naszej diecezji. Wjeżdżamy na miejsce pamięci. Ponad 120 ułanów konno. Ludzie już na nas czekają. Prowadzę szwadron kawalerii! Jestem podniecony, ale czuję też powagę sytuacji. Po sformowaniu szyku i ustawieniu oddziałów do meldunku nadlatuje samolot. Dwupłatowiec z lat dwudziestych obniża lot i przelatuje wzdłuż pododdziałów - to prezent kolegów z Ochotniczego Szwadronu Kieleckiego. Odbieram meldunek od dowódców oddziałów i przekazuję go majorowi Makowieckiemu. Proszę Rotmistrza
o defiladę, po czym ponownie ustawiam szyk do przekazania naszego sztandaru. Prosimy o asystę kolegów ze Szwadronu Niepołomice. Oddajemy konie i w szyku pieszym stajemy do uroczystości. Biskup Wacław Depo święci sztandar. Przybija pierwszy gwóźdź do drzewca, potem robią to rodzice chrzestni sztandaru: mjr Makowiecki i moja matka. Następnie Lesław Kukawski, ja i Rotmistrz. Wspólnie trzymamy młoteczek i wbijamy kolejny gwóźdź za ułanów naszej formacji. Na końcu- w imieniu rodzin ułanów- żona Rotmistrza z dziećmi, oraz żona naszego starszego ułana Mietka Portki. Czas leci, jak zwariowany. Rodzice chrzestni przekazują mi sztandar. Klękam i całuję jego rąbek, a łzy same cisną się do oczu. Przekazuję sztandar Wojtkowi. Jego zachowanie jest identyczne. Ma oczy czerwone od wzruszenia. Wręczamy sztandar naszym ułanom. Konie wprawdzie przeszkolone, ale wiercą się jak nigdy. Zaprawione w boju rumaki nie wytrzymują napięcia. Już po wszystkim. Wachmistrz Majkut dumnie prowadzi poczet sztandarowy. Jeszcze jedna uroczystość przed nami. Przekazanie buńczuka I Manewrów pod Komarowem. Wygrała Sekcja Liniowa w barwach 8 Pułk Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego. Drugie miejsce zajmują koledzy z Kobyłki w barwach 1 PUK, a trzecie -nasza formacja w barwach 9 PUM. Buńczuk jest prezentem od Michała Czarneckiego. To on wraz ze swoim przyjacielem wykonał tę nagrodę. Wygląda nad wyraz imponująco. Czas rozpocząć bitwę. Pierwszą sceną jest odprawa przed poranną bitwą. Jurka Sienkiewicza biorę do sztabu, a gońców wysyłam po dowódców pułków na odprawę. Akcja rusza. Taczanka wyłania się z terkotem z bocznej drogi, ustawia się i pruje w patrol bolszewicki. Chłopcy z Kielc brawurowo dopadają swołocz i tną, jak w prawdziwym boju.
Oddziały stają naprzeciw siebie i wszystko rusza z kopyta. Dosłownie i w przenośni. W cwale szarżują formacje z lancami i szablami. Jest niebezpiecznie. Podejmuję taką decyzję w ostatniej chwili. Ryzykuję, oddając ułanom możliwość posmakowania prawdziwej szarży. Fakt, że trudno utrzymać rozpędzoną masę, ale to twardzi ludzie, z których możemy być dumni. W sztabie uzgadnialiśmy wszelkie zasady bezpieczeństwa i wtedy był moment, gdzie rozsądek brał górę. Jednak, gdy dosiedliśmy koni sytuacja się diametralnie zmienia. Chłopcy widząc masę wyjących bolszewików rwą się do walki. Trudno nad tym zapanować. Scenariusz nabiera innego oblicza, i mimo że plan jest klarowny dostrzegam dezorientację w szeregach. Podejmuję szybką decyzję. i nakazuję szarżować. Moi gońcy krążą z rozkazami. Rotmistrz podjeżdża do mnie i pyta, co się dzieje. Wydaję rozkaz- wchodzicie po Kielcach! Trzymaj odstęp!- Wypuszczam do szarży kolejne oddziały. Stoję na wzgórzu i widząc, co się dzieje wydaje kolejne rozkazy do szarży oddziałom, które wracają z planu. Jakiś oderwany oddział bolszewicki naciera na nas od góry, więc wysyłam tam Kieleckich. Nie trzeba powtarzać dwa razy. Ruszają pełną parą wbijając się w szyki przeciwnika. Ten widok jest czymś podniecającym. Cały teren jest jednym wielkim polem walki. Dowodzę prawdziwą bitwą? Ta satysfakcja pozostanie mi do końca życia. Wraca moja dziewiątka. Szarżuje razem z nimi. Prowadzi Rotmistrz, bo przecież on jest dowódcą tego licznego oddziału. Robi to bardzo profesjonalnie, a ja w pełnym galopie jestem tuż za nim. Hurraaaa! Wachmistrz Majkut wyrywa do przodu. Jestem wściekły, ale cóż... On nie potrafi się powstrzymać. Idziemy w cwale, czuję na ramieniu lance kompanów. W uszach aż świszczy - to dopiero przeżycie! Kilkaset metrów, a w pędzie koni nie da się zatrzymać. Wpadamy na zachodnie skrzydło wzgórza. Wydaję komendę, by część ułanów oddała konie. Mamy wracać, jak po porannej bitwie. Zjawia się nasz wóz taborowy, który zbiera rannych. Lecz komu teraz w głowie być rannym? Każdy przecież chce się jeszcze bić. Wracamy na ustalone miejsce do podnóża wzgórza. Przed nami Szwadron Niepołomice prowadzi jeńców. Wszystko idzie zgodnie z planem. Czas na wieczorną bitwę. To ma być ostateczne rozwiązanie. Rusza nasza formacja, potem Niepołomice, jak zwykle równo i regulaminowo, dalej Kielce i pozostali uczestnicy. Idziemy dynamicznie, nikogo już nic nie obchodzi, gdyż to ostatnia szarża. To ona decydowała o wieczornej bitwie. W pędzie nie mogę wyhamować mojej klaczy – skąd konie mają tyle siły. Galopuje jak szalona. Patrzę na pole, na którym nie widać oznak żadnego wypadku. Kamień spada mi z serca. Udało się. Bitwa skończona, pot leje się ciurkiem z czoła. Podjeżdżam do Wojtka, łapię go za ramię i mówię -Wojcieszko, odwaliliśmy kawał dobrej roboty, mówiłem, że będzie dobrze. Dziękuję przyjacielu-. Wojtek jest już spokojny, myśli pewnie tak samo, jak ja. Po drodze spotykamy atamana Michała Czarneckiego. Maszeruje pieszo po pozorowanym upadku. Przytulam go z konia. Przecież razem stworzyliśmy tą inscenizację! Michał był odpowiedzialny za część bolszewicką i jak zwykle wywiązał się wzorowo. W tym czasie Wojtek formuje szyki i ustawia wszystkich do meldunku. Przekazuję Majorowi meldunek ze zwycięstwa. Zsiadam z konia i biorę mikrofon. Dziękuję wszystkim za współpracę. Proszę Majora o kilka słów. To, co słyszymy jest wzruszające. Mikrofon przekazuję również panu Lesławowi Kukawskiemu, gdyż chcę poznać opinię o naszej inscenizacji. Potem pokaz, podczas którego wachmistrz Majkut dokonuje cudów na swym orientalnym Pokemonem. Jesteśmy już na luzie. Oddziały maszerują do stanicy. Podjeżdżam do Rotmistrza i ruszamy galopem do biskupa, by podziękować za poświecenie naszego sztandaru. Wpadamy na asfaltową drogę i mijamy kolejne auta wracające z uroczystości. Jedziemy raz środkiem, raz poboczem szybkim kłusem. W oknie samochodu widzę piękną twarz młodej dziewczyny, która uśmiecha się uroczo. Miłe uczucie. Cali spoceni zsiadamy z koni i maszerujemy na spotkanie gości Urzędu Gminy. To nie do końca nasz klimat. Podchodzimy do biskupa i przekazujemy naszą wdzięczność. Duchowny jest pod wrażeniem tego, co pokazaliśmy. Zabieramy dwie butelki wody i galopem prujemy do naszego oddziału. Zastajemy chłopców w wyśmienitych nastrojach. Bryczka prowadzi orszak, a w niej nasza Maria bryluje z Wachmistrzem. Oboje śmieją się od ucha do ucha. Wracamy do stanicy, bo czas pożegnania nadchodzi. Chodzę po gospodarstwach ściskając każdego uczestnika. To przecież oni wszyscy stworzyli tą wspaniałą atmosferę. Bez podziałów, za to z koleżeńskim wzajemnym szacunkiem. Czas na pożegnanie z naszymi gośćmi honorowymi. Adiutant zorganizował kolację w hotelu na 20.00. Wpadam do domu i ubieram się w to, co znajduję pod ręką. Wyglądam dziwacznie i jeszcze gorzej się czuję bez munduru. Wsiadamy do auta, ale gdzie jest Ataman? Biegnę i znajduję Miszkę w ostatniej chwili. Krzyczę - masz minutę na zebranie się, bo jedziemy-. Michał tak, jak stał- w swoim kożuszku- przybiegł do auta. Widząc to, Lesław Kukawski ułańskim znakiem przywołuje tego- jak go sympatycznie nazywa- łobuziaka. Widać, że lubi naszego Atamana. Ale nic w tym dziwnego, bo kto Miszki nie lubi? W hotelu już na nas czekają. Twarz Rotmistrza jest uśmiechnięta, a spokój rysuje jego oblicze. Sympatyczna kolacja mija szybko. Major opowiada ciekawe historie ze swojego życia. Robi się późno i czujemy już zmęczenie. W końcu udało nam się zorganizować jedną z największych polowych imprez kawaleryjskich w Polsce!
Gdy w 2002 roku dziesięciu ułanów nawiedziło pola na Wolicy Śniatyckiej nie miałem bladego pojęcia, że za osiem lat szarżować tu będzie cały szwadron kawalerii. Nie wiedziałem, że poznam wspaniałych ludzi, z którymi ramię w ramię w Święto Polskiej Kawalerii uniesiemy szable i wspólnie w cwale będziemy krzyczeć: Huurrra! W tym roku pod Komarowem stanęło konno ponad 120 kawalerzystów ochotników. Nasze święto powstało w sposób spontaniczny, a tym samym i piękny. Nie ma tu mowy o podziałach, czy zależnościach. Każdy jest u siebie i każdy wie, po co tu przybywa. Dziękuję mojemu sztabowi: adiutantowi Jackowi Skoczylasowi, rotmistrzowi Wojtkowi Bryknerowi, atamanowi Michałowi Czarneckiemu. Wielkie dzięki również dla Tomka Szulfera za świetną konarmię. Panowie! Wielki dla was szacunek i uznanie. Zaszczytem dla mnie było i będzie z wami pracować. Dziękuję też wszystkim, którzy nas wspomagali w tym wielkim przedsięwzięciu. W 2010 roku przed nami kolejne wyzwanie i będę szczęśliwy, jeśli razem będziemy mogli zorganizować 90 Rocznicę Bitwy Pod Komarowem. Dziękuję również mieszkańcom mojej małej wioski za gościnność i cierpliwość. Składam także podziękowania dobrym ludziom, którzy wspomagali nas w kuchni. Za wspaniałe wiktuały, bez których nie bylibyśmy w stanie godnie przyjąć naszych gości. Podziękowania składam w imieniu własnym jak i wszystkich uczestników „komarowskiej potrzeby”.
Tomasz Dudek
Uczestnicy
Konna Grupa im. 1 Pułku Kawalerii KOP w Bielsku Białej
Konna Grupa im. 7 Pułku Ułanów Lubelskich z Lublina
Szwadron Niepołomice 8 Pułk Ułanów Ks.J. Poniatowskiego (oraz jego Oddziały terenowe
GRH 7 D.A.K. w barwach 7 Dywizjonu Artylerii Konnej Wielkopolskiej z Poznania
Stowarzyszenie Szwadron Jazdy RP O/T Lublin w barwach 1 Pułku Ułanów Krechowieckich
z Lublina
Konna Roztoczańska Straż Ochrony Przyrody w barwach 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich
Stowarzyszenie Szwadron Ziemi Zamojskiej w Brawach 9 Pułku Ułanów Małopolskich
Wydzielony Oddział Kieleckiego Ochotniczego Szwadronu Kawalerii im.13 Pułku Ułanów
Wileńskich z Kielc
Stowarzyszenie Miłośników Kawalerii im. 1 Pułku Ułanów Krechowieckich w Kobyłce koni
Szwadron Toporzysko w barwach Pułku 3 Strzelców Konnych im. Hetmana Polnego Koronnego
Stefana Czarnieckiego
1 Pułk Ułanów Legionowych z Radomia,
22 Pułk Ułanów Podkarpackich z Garbatki - Letnisko,
Pododział Kawaleryjski Beliniak
Grupa Konna Hubalczycy
Szwadron Kawalerii w barwach 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich z Grodziska Mazowieckiego
Szwadron Kawalerii Ziemi Tomaszowskiej z Tomaszowa Lubelskiego
Koledzy ze Szwadronu w barwach 5PSK z Tarnowa